Czwarty rok z rzędu miałem okazję podziwiać Openera z perspektywy sprzedawcy kuponów, których notabene ludzie jeszcze nie skumali. I o ile w zeszłym roku dostało mi się nocną zmianę co zaowocowało faktem, że zobaczyłem jedynie Afro Kolektyw, Roots i LCD Soundsystem, to w tym roku pracowałem do 19-20 co dało mi możliwość niemal pełnego delektowania się festiwalem. Poniżej relacja z tego co widziałem, słyszałem…
Dzień 1
Na Muchy ciągle mi nie po drodze. Fanem wielkim nie jestem, ale nie da się zaprzeczyć, że pare dobrych kawałków mają i chciałoby się zobaczyć Wiraszko i resztę na żywo. Póki co dane mi było jedynie posłuchać nieco zza sceny.
Potem było Editors, którch zupełnie nie chciało mi się słuchać, więc oddałem się spotkaniom z ziomalami i popijaniu piwa, które w tym roku było wyjątkowo smakowite, tym niemniej upić się nim nie szło. Na Raconteurs wybrałem się z czystej ciekawości bo niby Jack White i te sprawy. Załapałem się na podobno największy przebój zespołu – “Steady, As She Goes”, który pomimo pewnej sztampowości wypadł całkiem w porządku, tłum szalał i wszyscy byli szczęśliwi. Posłuchałem jeszcze jakiś 3-4 bliźniaczo podobnych do siebie kawałków utrzymanych w duchu Led Zeppelin zmieszanych z White Stripes i doszedłem do wniosku, że już raczej nic ciekawego się tutaj nie wydarzy. I tak przyszedłem tego dnia tylko na jeden koncert…
W międzyczasie jednak skoczyłem sobie z ciekawości do namiotu na Fischerspoonera. Zespół odstawił tam futurystyczny show ze strojami i choreografią rodem z “Around The World” Daft Punk i całkiem poprawnym repertuarem, co sprawiło, że czekanie na Roisin Murphy minęło szybko i przyjemnie.
Właśnie, postać Roisin! W życiu nie widziałem osoby tak charyzmatycznej, a przy tym naturalnej i od której przebija taka radość wynikająca zapewne z samego faktu, że robi to co lubi. Nawet jeśli jej repertuar nie do końca porwał publiczność, to w jej show nie o to chodziło. Ona nie kokietowała, ani nie słodziła sztucznie tłumu. Tańczyła, śpiewała, szalała, biegała po całej scenie, a jej ekspresja i dynamika ruchów co raz budowały we mnie obawy, że może wydarzyć się wypadek podobny do tego w Moskwie w zeszłym roku. Co do repertuaru to wyraźnie przeważał ten z zeszłorocznego Overpowered z doskonałym wykonaniem utworu tytułowego na czele. Wersje koncertowe rozbudowane, roszalałe, momentami przewyższające albumowe. Plus wokal Roisin na żywo doskonały. Bez dwóch zdań jeden z najlepszych koncertów jakie dane mi było widzieć. Cytując smsa od znajomego: “Roisin zajebista.”.
Dzień 2
Tego dnia nie było już czekania na jednego konkretnego wykonawcę, wszystko zapowiadało się ciekawie. Na początek doszło do nieoczekiwanej zmiany i Cool Kids Of Death zamiast o 1:00 musieli zamienić się z Erykah Badu na 19:00, gdyż gitara jej basisty przez pomyłkę poleciała do Lizbony i trzeba było jakoś ten problem rozwiązać. W każdym razie z CKOD skusiłem się jedynie na “Mamo, Mój Komputer Jest Zepsuty” i powiem tylko, że nieco zabrakło mi energii, którą ten utwór posiada na albumie. Resztę ich koncertu sobie darowałem, bo ile można?
Zamiast tego poszedłem sobie na scenę młodych talentów by sprawdzić jak sprawuje się nasza nowa post-rockowa nadzieja czyli California Stories Uncovered. I jedyne co mogę powiedzieć, to fakt że było poprawnie i dobrze się ich słuchało, jednak czy nie macie już dosyć tych post-rockowych kapel? Nie zrozumcie mnie źle, ja lubię tego typu sprawy, wszelkie Mogwaie itd. ale cały ten “gatunek” już od dobrych paru lat nic nowego i świeżego nie reprezentuje. Na niezobowiązujące słuchanie w wolnym czasie Calfornia nadaje się znakomicie, ale na nic więcej nie można liczyć.
Był sobie Interpol o 21:00. Zagrali poprawnie i w zasadzie tyle. Banks wchodząc na scenę zafundował mega sztuczne “Dobry wieczór”, które zapewne ktoś z obsługi przetłumaczył mu tuż przed wejściem na scenę. Zespół, oczywiście w nienagannie skrojonych garniturach, zafundował publice coś na kształt greatest hits, co mnie naprawdę ucieszyło. Sporo fragmentów z Turn On The Bright Lights z wielce wyczekiwanym przeze mnie “NYC” na bis, a poza tym najlepsze fragmenty Antics oraz zaskakująco dobrze brzmiące utwory z nowej płyty (ze 3-4 jeśli się nie mylę). Publiczność była wniebowzięta, regularnie skandując nazwę zespołu, a oni pozostawali jakby niewzruszeni. Jedynie perkusista sprawiał wrażenie odrobinę poruszonego. Interakcji dużo nie było, na szczęście odegrali swoje, a repertuar i jakość wykonania zadowalające, więc koncert należy uznać za bardziej udany niż nie.
A potem nastał Jay-Z. To był kosmos. Wyleciało już mi z głowy co grał, ale była kupa hitów w stylu “99 Problems” czy “Girls, Girls, Girls” (w ogóle bogata reprezentacja The Blueprint) plus coś tam z American Gangster (nieco rozczarowujące jak dla mnie “I Know”) oraz pare hitów pod publikę jak “Umbrella” czy “Crazy In Love”. Co nie zmienia faktu, że Hova zawładnął publiką i nieistotne czy ktoś był fanem hip-hopu czy nie. Wszyscy robiliśmy diamenciki i machaliśmy łapami. Wrażenia dźwiękowe i wizualne pierwszorzędne. Raz, że stałem tuż obok przejścia technicznego naprzeciw sceny, całkiem niedaleko, dwa, że zespół który przywiózł ze sobą Jay spisywał się bez zarzutu. Do tego koleś dysponował chyba najlepszymi wizualizacjami jakie dane mi było widzieć na tegorocznym Heinekenie, gdzie obraz na żywo był miksowany z wcześniej przygotowanymi klipami. I naprawdę szkoda, że Jay odbębnił jedynie 60-70 minut, które minęły doprawdy błyskawicznie, a bisów już najwyraźniej w kontrakcie nie miał. Shame on you nigga.
Na nic więcej tego dnia sił nie miałem. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jedynie, że Sex Pistols wielu się podobało i namiot omal nie został tam rozniesiony przez wygłodniałych fanów punk rocka, a mocno spóźniona Erykah ponoć dała znakomity koncert, który z początku przynudzał, a potem przemienił się w pierwszej klasy widowisko.
Dzień 3
Byłem już wyraźnie zmęczony małą ilością snu i sprzedażą dziesiątek tysięcy kuponów, ale obok dnia drugiego, ten oto rysował się najciekawiej. A prawda jest taka, że było tak sobie.
Zacząłem od Kobiet, które to bardzo, ale to bardzo, chciałem zobaczyć. Nawrocki wraz ze swoim zespołem dał znakomity występ, uciekający momentami w krainę zwariowanego rocka i odrobiny hałasu a la Sonic Youth, co sprawiło, że niektóre utwory brzmiały zaskakująco świeżo i po prostu inaczej. Nawet ich największy hicior “Marcelo” został wyraźnie rozciągnięty i przerobiony. Co do repertuaru, to dostaliśmy świetny przekrój ich twórczości, po trochę z każdego z ich krążków i trudno o wyróżnienie czegokolwiek, jednak ciężko zaprzeczyć, że to fragmenty z debiutu najbardziej wymiotły.
Alison Goldfrapp wyczekiwałem ze względu na fakt, że nową płytę całkiem lubię, a debiutanckie Felt Mountain kocham miłością bezgraniczną. Wszystko co było między tymi dwiema płytami niezbyt trawię. Zaczęła od “Utopia” z debiutu i powininem być wniebowzięty, ale coś nie grało. Wokalnie perfekcyjnie, aranżacja koncertowa też w porządku, lecz uświadomiłem sobie że to nie jest to granie na dużo scenę, a bardziej na kameralny klub czy chociaż ten przeklęty namiot. Potem było “A&E” i znowu ten sam problem. W środku gdzieś odnotowałem jeszcze przyzwoite “Happiness”, bo końcówka to już były taneczne hiciory, które mi do Alison zupełnie nie pasują. Generalnie rozczarowanie, choć powinienem był to przewidzieć. Do tego koncert bardzo krótki, około 60 minut.
Po Goldfrapp udałem się na jakieś żarełko i wtedy dopiero ujrzałem ogrom ludzi jaki się zjechał tego dnia na Massive Attack i Chemical Brothers. Przerażający tłok i niesamowite kolejki, a w jednej z nich ogromny Biela ze Ścianki, w innej z kolei Ala z Blog 27. Same gwiazdy. W każdym razie po jakiejś tam pizzy (w czasie jedzenia której posłuchałem sobie Martiny Topley coverującej Doorsów na world stage) poleciałem szybko na Massive Attack i jako, że byłem spóźniony dobre 15 minut nie dane mi było dojść gdzieś bliżej pod scenę i musiałem zadowolić się widokiem z telebimu i dalekimi przebłyskami ze sceny. Ich koncert był chyba moim największym tegorocznym rozczarowaniem. Nie wiem z czego to wynikało, jednak nie porwało ani trochę. Może to kwestia zmęczenia, a może przeraźliwego tłoku, nie wiem. Hity głównie z mojego ulubionego Mezzanine przetykane nowymi utworami, zupełnie mnie nie przekonały, choć jakościowo nie można im nic zarzucić, wszystko wykonane poprawnie. Fajne wizualizacje z nagłówkami niczym z pudelka czy różnymi aforyzmami, były całkiem miłym akcentem urozmaicającymi występ zespołu, ale co z tego, skoro muzyka mnie nie ruszała? W gruncie rzeczy nie ma się do czego przyczepić, a jednak czegoś mi tam zabrakło. Choć w powszechnej opinii jest to jeden z trzech najlepszych koncertów tegorocznego Openera. Niestety, nie dla mnie.
Z Massive urwałem się by nie spóźnić się na Ściankę, której to w koncertowym wydaniu nie widziałem już dobre 3-4 lata. Cieślak ze swoim bandem zdrowo hałasował, stawiając na najnowsze dokonania zespołu i nieźle dawał czadu w niemal zupełnie pustym namiocie. Ja z kolei, pomimo sporego natężenia hałasu, przysypiałem na siedząco i jakieś 2-3 utwory po wyśmienitym “Boję Się Zasnąć, Boję Się Wrócić Do Domu” podjąłem decyzję o powrocie do domu. Dla mnie impreza skończyła się właśnie w tym momencie, tym bardziej że występ Chemical Brothers zupełnie mnie nie interesował.
Podsumowanko
Tegoroczny lineup nie zachwycał, na szczęście pare koncertów dało radę i nie ma na co narzekać (szczególnie gdy miało się bilet za darmochę). Najbardziej martwi jednak fakt, jakże ogromną imprezą staje się Opener i jakie to masy ludzi ściągają na niego do Gdyni. Tłum i kolejki, jak już wspomniałem, momentami były naprawdę przerażające. Organizacyjnie Alter Art spisał się jak co roku, czyli pare małych wpadek było (drugiego dnia podbramkowa sytuacja z kuponami, ciąge spore kolejki po opaski, bilety czy jedzenie, a także za mało pryszniców na polu namiotowym), jednak tak naprawdę nie ma za bardzo na co narzekać. Pogoda również dopisała, a deszcz zawitał do Gdyni dopiero w poniedziałek. Generalnie można powiedzieć, że impreza jak najbardziej udana, choć kierunek jej rozwoju dosyć niepokojący. Sam jedynie żałuję, że na pare koncertów najzwyczajniej w świecie zabrakło mi sił i czasu (Erykah, Mitch & Mitch, Hatifnats i pare innych). Ale to chyba normalne na tego typu imprezach – nie można przecież mieć wszystkiego.
