Koncertowo Era dała radę, chyba nawet bardziej niż filmowo. Zaliczyłem trzy, żałuję, że odpuściłem sobie Food For Animals, bo ponoć dobre było. A relacja z tych trzech poniżej.
(wiem, że foty są tragiczne, ale nie stać mnie na super aparat, a poza tym dopiero się uczę obsługi mojego, a w ogóle to ja zdjęć nie umiem robić, a tak szczerze to na scenie ciemno było)
19 lipca 2008: kIRk, Coldcut Journeys by VJ, Skalpel Sound Spectrum
Strasznie napaliłem się na koncert Skalpela. W zasadzie mogę powiedzieć, że głównie dla nich kupiłem bilet na ten gig, gdyż Coldcut jakaś tam płytka gdzieś kiedyś wpadła mi do odtwarzacza, ale nie pamiętam i to dawno było. Z kolei o całym tym kIRk dowiedziałem się dopiero w dniu koncertu i już podskórnie czułem, że coś to będzie nie tak…
Żeby nie marnować mojego i waszego czasu – robiący za support wrocławski (zapewne dostali się do Arsenału po znajomości, innego powodu nie widzę) kIRk to straszliwie gówniane gówno, a na żywo funkcjonują jako wzorowa definicja zera. Nic, absolutnie nic, co przykułoby uwagę. Dziwne pozy, totalny brak ładu i składu w muzyce, plus koleś uważający się za super MC, a nawet rytmu utrzymać nie umiał. Przy nim ten rapujący kolo z Sofy to najlepszy emce w kraju. Nie wiem jak prezentują się w wydaniu studyjnym, ale na żywo radzę omijać bo boli, oj bardzo boli.
Potem był już Coldcut i był to kosmiczny skok jakości, tym bardziej, że zagrali naprawdę niesamowity set. Nie chciałbym tutaj operować zwrotami typu “najlepszy koncert mojego życia”, lecz powiedzmy, że coś w tych okolicach. Na scenie wspomagani przez MC oraz fantastycznie dograne z muzyką wizualizacje. Występ początkowo bardzo hip-hopowy, przeszedł stopniowo w jakieś pop-podobne granie, równoległe wkradały się jakieś egzotyczne wstawki, a ostatecznie przerodził się w regularny, mocno elektroniczny set, gdzie wśród sampli było można wyłapać m.in. Amon Tobina i DJ Shadowa. Postawiono na gatunkowe bogactwo oraz brzmieniową różnorodność, co trzeba przyznać wypadło znakomicie. Stojący za mikrofonem koleś na przemian rapował, pełnił funkcję wodzireja bądź po prostu skakał sobie po scenie. W każdym razie swoją rolę spełnił wzorowo. Świetne wrażenie zepsuły jedynie bisy, na które zespół najwyraźniej nie był gotowy. Zafundowali nam “Killing In The Name Of” Rage Against The Machine oraz “Jump Around” House Of Pain, w praktycznie niezmienionych wersjach, do tego z klipami na ekranie umieszczonym za zespołem. Trochę poszli na łatwiznę, ale walnęli genialny podstawowy set, więc wybaczam im.
A z kolei Skalpel rozczarował. Przede wszystkim wystąpił jedynie Igor Pudło, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Płakać należy nad faktem, że sieknął mało ciekawy taneczny miks, w którym mało co cieszyło, a jeszcze mniej czyniło go w jakikolwiek sposób unikatowym. Może to kwestia tego, że był zmuszony występować w pojedynkę, a może po prostu w planach był taki zwyczajny, niespecjalny secik, bo i tak po pierwszej w nocy będzie się chciało ludziom tylko tańczyć i nie robi im wielkiej różnicy przy czym? Nie wiem i nie wnikam, po jakiś 30 minutach zniechęciłem się i zwiałem.
21 lipca 2008: Matthew Herbert Big Band
Na ten koncert chcieli iść wszyscy i to chyba właśnie on był reklamowany jako największe wydarzenie festiwalu. Bilety szybko się rozeszły, ale na szczęście w dniu koncertu magicznie pojawiło się jeszcze jakieś 60 sztuk. Nakręcony przez reklamę i zapowiedzi, byłem bardzo ciekawy jak zaprezentuje się Herbert ze swoją orkiestrą, choć muszę też przyznać, że moje oczekiwania co do tego koncertu były dosyć niesprecyzowane. Świadomość obecności kilkunastoosobowego zespołu nie pozwalała mi liczyć na zbyt dużą porcję elektroniki, a jednocześnie miałem nadzieję, że to mimo wszystko Matthew będzie tam rządził i rozdawał karty.
Było bardzo swingowo, a elektronika Herberta czaiła się jedynie gdzieś nieśmiało w tle. Można wręcz było odnieść wrażenie, że jego rola w dużej mierze ograniczała się jedynie do manipulacji wokalizami. Zespół zaprezentował swój najnowszy, ukończony zaledwie tydzień przed koncertem materiał, co niestety mocno mnie zawiodło, gdyż co jak co, ale liczyłem na chociaż pare starych numerów. Jednak w zasadzie to nie można im niczego zarzucić, wszystko było w porządku, fajny patent z rwaniem gazety (ale to już wszyscy kojarzymy chociażby z Arcade Fire w windzie), wszyscy roześmiani i bardzo na luzie, sam Herbert żywo tańcujący od czasu do czasu do swojej muzyki, też robił miłe wrażenie, ale mimo tego wszystkiego zabrakło siły kompozycji. Te były przyzwoite i w zasadzie tyle. W kontekście tego zabawnie wypada fakt, że najlepiej wypadły dwa utwory zagrane na bis, gdzie wreszcie Matthew uraczył nas większą porcją elektroniki, przez co kawałki te zyskały na dynamice i pokazały mi czego podświadomie oczekiwałem od tego koncertu. Miało być super, a wyszło tak sobie, ale w sumie i tak warto było.
26 lipca 2008: Digit All Love, Kode9
Znowu wrocławski support, tym razem nieco bardziej znany i nawet z płytą na koncie. Co jednak nie zmienia faktu, że zupełnie nie miałem ochoty oglądać polskiej wersji Lamb. Niestety, Digit All Love grali przeraźliwie długo i niechcący załapałem się na jakieś 2-3 ostatnie utwory. Publika sprawiała wrażenie wniebowziętej, a do tego wygląda na to, że masa osób przyszła specjalnie na koncert tego jednego zespołu (sami znajomi z miasta?), gdyż zaraz po ich koncercie wyraźnie przerzedziło się na terenie Arsenału. Z mojej strony powiem tylko, że bolało mniej niż kIRk, co może i jest jakąś pochwałą, ale i tak gorąco nie polecam.
Nim jeszcze sam Kode9, jedna ważna sprawa. W zjawisko dubstepu nigdy nie wnikałem ani trochę, dlatego też moja znajomość twórczości Kode9 ograniczała się do odsłuchu jego MySpace, który to przeprowadziłem sobie jakieś 2-3 tygodnie przed koncertem. Tym niemniej zadziałała magia nazwy i niesamowicie niskiej ceny, więc zaryzykowałem. A było warto. Mocny set, który przez pierwsze 15 minut niezbyt mnie kręcił, przerodził się po tamtym czasie w kosmiczny wypierdol nie z tego świata i choć do tego poziomu wracał jedynie momentami, to przez resztę czasu i tak zdecydowanie dawał radę. Nie było prymitywnego łubu dubu, a zamiast tego inteligentna elektronika z zaskakującymi zwrotami akcji, nieco mroczną aurą i standardowymi dubstepowymi zagrywkami gdzieś tam przy okazji. Co prawda po jakiejś godzinie przerodziło się to w nieskomplikowaną i nieco wtórną w stosunku do wcześniejszych 60 minut, muzyczkę do potańczenia, ale i tak było bardzo git. Nie dotrwałem do końca, a widziałem jakieś 90 minut tego setu. Jeżeli po tym czasie wydarzyło się coś niesamowitego, to może i szkoda, ale i tak podejrzewam, że to co najlepsze udało mi się zobaczyć.




Strasznie ci współczuje stary jak nie podobał ci się Digit All Love bo to oni byli dla mnie i nie tylko główną gwiazdą tego festiwalu! Musisz miec jakaś spaczoną wrazliwosc muzyczną troche…
Nie są jacyś tragicznie źli i kumam, że to może się podobać, ale za dużo podobnych trip hopów z bogato brzmieniowym zacięciem słyszałem i takie sprawy mi się już nudzą. Dlatego nazywanie Digit gwiazdą festiwalu to jednak przegięcie dla mnie. Może gdyby dodać przymiotnik “polska” to bym się jeszcze zgodził (chociaż kurcze przecież Skalpel jeszcze był).
Kto to jest ten Halicki ??? Jego totalnie amatorska treść , zupełnie nie powinna pojawiać się gdziekolwiek … A muzycznie to widać że koleżka ma pojęcia tyle co nic … Maksymalne dno i zero za całość !!! Prosze nie pisz już więcej o muzyce … I nie wstawiaj tak beznadziejnych zdjęć bez pozwolenia !!!