Do Mysłowic zawitaliśmy w piątek, jakoś przed 14. W związku z czym, na Afro Kolektyw o godzinie 14:15, pomimo najszczerszych chęci, nie było szans, tym bardziej, że musieliśmy jeszcze zarejestrować się na polu i rozbić nieszczęsny namiot. O dziwo, rejestracja przebiegła zadziwiająco szybko i sprawnie, gorzej było już z rozstawieniem namiotu, ale i ta operacja zakończyła się sukcesem. W dalszej kolejności, zamiast jak prawdziwi festiwalowicze ruszyć od razu na koncerty, postanowiliśmy “pozwiedzać” Mysłowice w poszukiwaniu papu. Ostatecznie padło na sprawdzoną markę co się Da Grasso zowie. Tam jeszcze nie dane było nam uświadczyć dzikich kolejek dnia następnego, dlatego spokojnie i na luzie pożywiliśmy się znośną pizzą, po której ruszyliśmy na Muchy, których w wydaniu koncertowym nie udało mi się nigdy wcześniej zobaczyć.
Terroromans nie jest, wbrew temu co śmią twierdzić niektórzy, wybitnym dziełem polskiej fonografii, ot dobra płyta z paroma mocnymi szlagierami. Dlatego też większego podniecenia przed Muchami nie odczuwałem, była raczej czysta ciekawość i chęć usłyszenia paru z ich hiciorów. Koncert można powiedzieć, że był taki sobie, głównie za sprawą tragicznego nagłośnienia, ale i podziałało moje dosyć chłodne nastawienie do zespołu i ich repertuaru. Bombowo wypadło nieco odmienione “21 Dni”, “Najważniejszy Dzień” też dał radę, o takich pewniakach jak “Miasto Doznań” czy “Galanteria” to już nawet nie będę wspominał. Reszta, poza zafundowanym na zakończenie coverem Bielizny, trzymała poziom bycia w porządku, czyli dokładnie tak jak mogłem oczekiwać. I generalnie to właśnie ostatni utwór był czymś co nadało temu koncertowi innego wymiaru i pozostawiło dobre wrażenie po średnim koncercie. Chwała też, że obyło się bez ponoć tragicznej konferansjerki Wiraszki, a i setlista była na tyle rozsądna, że zadowoliła chyba każdego. Warto też wspomnieć, że ludzi było sporo bo na zewnątrz akurat solidnie lało, więc czy się chciało, czy nie, na Muchy było trzeba iść. Gdyby nie fatalne nagłośnienie namiotu Offensywy, byłoby na bank lepiej niż poprawnie.
Zaledwie drugi koncert mojej wizyty na Offie i już ten najbardziej oczekiwany – Of Montreal. Uprzedzam więc od razu – w tym akapicie będzie dużo pochwał, coś na kształt blow joba na łączach, ochy i achy, wszystko w pełni zasłużone. I jeszcze jedno – ci wszyscy, którzy psioczą, że nie było nic z Satanic Panic In The Attic niech się walą na ryj i ja was zniszczę bo jesteście cienkie Bolki, a w ogóle to się nie znacie ciecie. Prawda jest jedna i nie zna jej strefa 11, ale ja wam powiem – Kevin Barnes ze swoimi ziomalami dał nieziemski koncert, który można uznać za perfekcyjny zaczynając od aspektów wizualnych i szołmeńskich, a na doznaniach czysto muzycznych kończąc. Rządziły kawałki z dwóch ostatnich płyt, do tego znalazł się chyba z jeden utwór z zapowiadanego na bodajże wrzesień nowego krążka i muszę przyznać, że dobór materiału był naprawdę znakomity. Z powierzchni ziemi zmiotło w zasadzie wszystko, lecz największe oklaski należą się niesamowitemu “The Past Is A Grotesque Animal”, tuż przed którym, przy akompaniamencie “October Is Eternal”, Kevin został ogolony. Mógłbym tutaj jeszcze dużo napisać o fantastycznej naturalności zespołu, dwóch co raz przebierających się i biegających po scenie (i nie tylko) mimach, genialnych strojach, świetnych wizualizacjach i mojej radości z każdego utworu, który zagrali, ale to trochę nie ma sensu. Of Montreal walnęli pierwszorzędny show, co do którego nie ma za bardzo na co narzekać. Może mogłoby być trochę dłużej, może to, może sramto, ale w sumie czy w tamtej chwili czegoś mi brakowało? Zdecydowanie nie. Zrobiłem w majtki, a nie zdarza mi się to często.
Po Montrealach nastała krótka przerwa na odpoczynek i jakieś piwko, po której to udałem się Dick 4 Dick. Ci, podobnie jak Mitch & Mitch funkcjonują w powszechnej opinii jako zjawisko koncertowe, którego nie można przegapić, więc jako że nadarzyła się okazja, nie omieszkałem jej wykorzystać. Pod namiotem Offensywy zastałem wylewający się z niego tłumu, lecz podjęliśmy wspólnie z Agatką decyzję o przedarciu się do środka. Daleko nie zaszliśmy, a tłum okręcał nas jak chciał, ale weszliśmy. A Dicki dały niezły koncert, trochę takie electro, ale jednak bardziej rock, a do tego taki trochę zabawny i jeszcze w takich interesujących strojach. Piosenki były oczywiście o dickach, wizualizacje też. Było ok, choć spodziewałem się czegoś więcej.
W tym momencie miałem iść z ciekawości na Kammerflimmer Kollektief, ale ktoś mi powiedział że w tamtej eksperymentalnej salce ścisk i duchota, a w ogóle to zespół taki sobie, więc zostałem zaciągnięty na Hey. Zespół, którego nie znam, do którego nigdy mnie nie ciągnęło, więc i na koncert poszedłem trochę od niechcenia. Były jakieś szlagiery, które nawet ja kojarzyłem, Nosowska w jednym z utworów zapomniała tekstu i generalnie to odniosłem wrażenie, że to nie jest zespół na tego typu festiwal. Wystarczy wspomnieć, że po kilku utworach zdecydowaliśmy się ewakuować bo nikogo z nas Hey nie kręcił.
Przyszedł czas na drugi najbardziej wyczekiwany koncert tegorocznego Offa, czyli Caribou. Znowu bez rozczarowań. Nawet jeśli uciekły gdzieś melodie z zeszłorocznej Andorry, to szalony szoł na dwie perki zachwycił każdego i nie słyszałem ani jednej opinii by komuś się ten występ nie podobał, bądź nawet uznał go za przeciętny. Snaith dał pierwsza klasa koncert – grał głównie materiał z dwóch ostatnich krążków (nie pamiętam za bardzo Up In Flames więc nie wiem co z tego było) i w wydaniu live udało mu się uniknąć sztampowego odgrywania jak pan Bóg przykazał, a bardziej porwał się w psychodeliczne odjazdy i w takiej konwencji zdecydowanie się spełnił.
Zwieńczeniem dnia miało być “zagraj to jeszcze raz” czyli szkocka ekipa z Mogwai, którą było mi już dane słyszeć cztery lata temu w Warszawie. Niestety grali głównie utwory nowsze, przez co zabrakło kawałków z pierwszych trzech płyt, lecz usłyszany wreszcie na godziwej jakości nagłośnieniu “Mogwai Fear Satan” sprawił, że cieszyłem się jak małe dziecko i warto było przeczekać tę całą resztę nie wiadomo jakich smętów i pierdół z ostatniej płyty. Poza tym uradowało “Haunted By A Freak” z nieco niedocenionego Happy Songs For Happy People, a także przyzwoite “2 Rights Make 1 Wrong”. Także momenty były, aczkolwiek całościowo tak sobie, za bardzo przynudzali. W ogóle smutna sprawa bo zamiast atakować skondensowanymi ścianami gitarowego hałasu, Szkoci chyba przestawili się na mocno wtórne i nijakie pitu pitu, z którego nic nie wynika. Nie tego oczekiwałem.
Chciało się jeszcze iść na Dat Politics, ale nie starczyło sił, także Mogwaie zakończyły mój pierwszy, zdecydowanie udany, dzień festiwalu. W nocy solidnie lało, na szczęście namiot przetrwał. Rano, udało mi się dobić do prysznica, a do tego dodam, że miałem przyjemność cieszyć się ciepłą wodą. W każdym razie na 13:15 postanowiłem wybrać się na Rotofobię i Snowman. Z niewiadomych przyczyn nikt inny nie chciał ze mną iść.
Z tych dwóch, zaledwie półgodzinnych koncertów to Roto spisali się lepiej. Widziałem ich ostatnio 3 lata temu na Chłodnej i o ile wtedy była to gówniana kapelka z lansiarskim wizerunkiem, to dzisiaj pozostało tylko to drugie. Seba maluje sobie oczy, Szymon się blazuje, a siedzący za perką Arkus jakby trochę do nich nie pasował, jednak niech wam ta oprawa nie przesłoni naprawdę obiecującej muzycznej treści. W każdym razie mają coraz lepszy repertuar (”Muszę Już Iść” czy chociażby dostępne na płytce Offsesje, wyśmienite transowe “Nite”), a do tego Seba śmiało udaje się w stronę gitarowego szumu i hałasu, w związku z czym wybaczam mu zerowe teksty i wokal. Nie zagrali mojej ulubionej “Warszawy” i starego szlagieru “Jeden Dzień”, lecz i tak 20 z tych 30 minut mogę określić jako bardzo dobre, dlatego na przekór wszystkim trzymam za nich kciuki i wyglądam ich debiutu. Z kolei Snowman, który jeszcze 2 lata temu w Stodole miło mnie zaskoczył i zdradzał spory potencjał, na Offie nie pokazał niczego ciekawego, robiąc wyraźny krok wstecz, w związku wychodzący we wrześniu ich debiutancki album nie interesuje mnie nic a nic.
Po drobnej przerwie, w trakcie której okazało się, że baza gastronomiczna Mysłowic zdecydowanie nie sprostała 11 tysiącom wygłodniałych “miłośników muzyki alternatywnej”, udałem się na Renton. Bez znajomości płyty, jedynie z głęboko zakorzenioną miłością do “Walk Aside” wkroczyłem do namiotu Offensywy. Było świetnie – bardzo dobre przebojowe piosenki bez nadęcia, niesłychanie naturalny i odrobinę stremowany zespół, plus żywo reagująca, “uświadomiona” publika. I w zasadzie zabawne, że taki zwyczajny koncert, bez jakichkolwiek fajerwerków i efektów specjalnych, tak dał radę. Widać, zadziałała siła dobrego materiału, a i te 40 minut, które dali im organizatorzy wydaje się w tym kontekście idealnym czasem trwania. Jedno z milszych zaskoczeń festiwalu.
Z namiotu poleciałem szybko na główną scenę na koncert Baaby. Oj, jakże oni się spisali! Bez dwóch zdań jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem na Offie. Rozbrykany, rozimprowizowany, pełen humoru set, w którym Macio Moretti z zespołem śmiało mieszał elektronikę z jazzem, rockiem i kto wie czym jeszcze. Przy tym cała ta wielogatunkowość nie przełożyła się na wydumane, ambitne twory dla nikogo, a raczej tworzyła niesłychaną mieszankę, niemal dla każdego. Do tego warto wspomnieć o tym, że jak w pewnym momencie stwierdził Moretti “pozwalają sobie na za wiele”, przez co cały koncert przypominał bardziej zabawę dźwiękiem paru kumpli, a nie sztampowe odegranie materiału z kilku płyt, co sprawiło, że nie sposób było się źle bawić na tym koncercie. Oj, dali radę – polecam każdemu kto będzie miał kiedykolwiek okazję, można śmiało lecieć bez znajomości płyt.
Wrodzona ciekawość kusiła mnie na koncert Czesław Śpiewa, ale oszukali mnie bo Czesław nie tylko śpiewał, ale i grał! Do tego zapanował przy scenie leśnej iście jarmarczny nastrój, więc uciekliśmy na piwko, by w spokoju odczekać na koncert Menomeny. Choć przyznam jedno – słyszałem kątem ucha jeden utwór Czesława i nie było to takie złe, więc może kiedyś przy okazji… W każdym razie około 20 znowu znalazłem się pod sceną leśną by zobaczyć jak tam sobie Menomena radzi. I Am the Fun Blame Monster nie znam (wstyd!), ale już Friend And Foe opanowałem całkiem nieźle, więc najbardziej radowały mnie właśnie fragmenty tejże płyty ze świetnym “Wet And Rusty” na czele. Jednak generalnie setlista odznaczała się totalnym brakiem słabych punktów, wszystko miłe, niebanalne indie pioseneczki. Zespół chyba odrobinę stremowany, ale uśmiechnięty i wyraźnie zadowolony z odbioru i ilości osób pod sceną. Coś tam zresztą napomknęli, że niedawno mieli we Francji mega drętwą publikę, a tu taka miła odmiana. Wiadomo. W każdym razie bardzo poprawnie, lecz nic więcej.
Przyszedł wreszcie czas, żeby po czymś solidnie pojechać i tymi szczęśliwcami jest zespół British Sea Power, przez co niektórych pieszczotliwie nazywany British Ssie Pałę. Określani jako jedna z największych gwiazd festiwalu, dali bezbarwny, nudny koncert, przy którym najsłabsze momenty Mogwaia jawiły się jako arcyciekawe. Scena przyozdobiona jakimiś gałązkami (ekolodzy?!) i iście stadionowe, nijakie brzmienie. Moja lalka stwierdziła, że to trochę takie U2, tyle że ze słabym repertuarem. W sumie, teoretycznie debiut BSP był fajny, dwa następne krążki też ujdą, a jak przyszło co do czego, to z koncertu zapamiętam jedynie “Waving Flags” i jeszcze jeden kawałek niedługo po, tyle że i to były momenty mocno przeciętne. No ale na tle reszty to były wieeelkie skoki jakościowe. Sła-bia-ki.
James Chance mnie nie obchodził bo jestem ignorantem, więc nim się jeszcze skończyło British Ssie Pałę, poleciałem pod scenę eksperymentalną by chwilkę tam posiedzieć i odpocząć, a przy okazji zająć sobie miejsce na koncert Jacaszka o północy. Prawdą okazało się, że scena ta, umiejscowiona w małej salce, to istny koszmar i test wytrzymałościowy dla najtwardszych, ale dałem radę. Tradycyjnie, w zgodzie z programem festiwalu, równo o północy na scenie pojawił się Jacaszek wraz ze wspomagającą go dwójką muzyków – skrzypce i wiolonczela. Wszystko zostało odegrane niemal identycznie jak na Trenach (przy okazji, gdyby ktoś nie czytał, tutaj moja recka) zabrakło jedynie “żywego” wokalu, musieliśmy się zadowolić takowym z lapka Michała. Zapanowała senna, melancholijna atmosfera, chociaż nóż w serce pajacom, którzy gdzieś tam z tyłu gadali. Pewne innowacje w postaci mocniejszego bitu czy lekko zmienionej aranżacji pojawiły się dopiero w dwóch ostatnich utworach – “Martwej Ciszy” i “Rytm To Nieśmiertelność II” i chwała Jacaszkowi za to. Tzn. nie żeby reszty źle się słuchało i miał jakieś zarzuty, ale nieco zabrakło, choćby delikatnych, ucieczek od albumowych pierwowzorów. Tym niemniej rispekt, jak dla mnie doskonałe zwieńczenie festiwalu.
W planie miałem jeszcze L.U.C.a i Rahima oraz Maxa Tundre, lecz niestety nie te lata i sił zabrakło. Trochę szkoda, choć ponoć ci pierwsi dali słaby gig, no ale Max z kolei to koncertowy pewniak. W każdym razie wypadałoby jakoś podsumować, więc powiem tak – zdecydowanie warto, widzimy się w przyszłym roku. Aha i jeszcze jedno: Off Festival >> Heineken Opener.

Co do Satanica, ktoś wreszcie musiał to powiedzieć. Dziekuje. No. Wracam do swojej masturbacji nad hissing fauna.
a ja się zgadzam, co do występu jacaszka- “rytm to nieśmiertelność II” i “martwa cisza” mnie rzeczywiście pozdczas tego koncertu urzekły. niestety, scena była taka, jaka była… no i mnóstwo gadających osób… rozwaliło mnie, kiedy na początku koncertu na salę wszedł koleś, krzyczący do ochrony: “proszęęę panaa, tam na boisku do nogi ktoś robi lądowisko do dżambodżeta…”, poszłam potem na tył i… nie było lepiej:)
pozdr!
ja nie kumam. od kiegy jezdze na koncerty jeszcze nie mialem problemu zeby isc na 13 koncertow z rzedu a tu ludziom o polnocy wysiadaja zycia..eh..
W sumie to mniej była kwestia zmęczenia, a bardziej dostosowania się do swojej dziewczyny, spotkania z dawno nie widzianymi ziomalami itd.
(A Hissing Fauna rządzi jak nic)
nigdzie więcej z Tobą nie jadę…
być na Offie i nie zobaczyć Clinic… [*]
właśnie… Clinic, jedyny prawdziwy, konkretny i nienapuszony koncert na tym słabo zorganizowanym festiwaliku..reszta to shit dla snobów, lanserów i cieciów!! ps. naprawdę nie rozumiem zachwytów nad of montreal, próbuję nawet na siłę ale nic poza kupą nie wychodzi.. ps2. jeszcze mogwai zajebisty i wcale nie nudnawy, po prostu nie ta pora!!!