Kanały:
Wpisy
Komentarze

Zjadliwy, pełen złośliwości komentarz do naszych cudownych eliminacji, które z wielką radością obejrzałem sobie w sobotę.

1. Stachursky. Disco polo pełną gębą.
2. Det Betales, norweskie coś tam inspirowane 60s, lepsze to niż “disco polo pełną gębą” choć ciągle poziom dna.
3. Ukraińskie disco polo techno, miłość jest dookoła, grupi wszędzie, zaliczamy po koncercie, zapraszamy do kolejki bo mamy fajne ciuchy.
4. Dali, daje ognia, daje wszystkiego, tak grali czarni funk w latach 50-tych. Czy tam jest zwrot “jest mp3″ w tekście piosenki!?
5. IRAsiad, depesz mołd, wokalista stylizowany na Stasiaka, tylko włosy naturalne.
6. Chamski coś tam na dobre i na złe, bezcenne zbliżenie na oczy, specjalnie dla mas kochających wzruszające piosenki.
7. Marco i Ola Szwed, w 3 językach pojechali, piosenka dla Europy i te sprawy, zajebiste okulary kolesia. Kawałek składał się z samego refrenu.
8. Tigirta co cyca wywaliła, tango w czekoladzie i na moje ucho taki nieco koślawy francuski.
9. Renton, nie byli pewni, a ja jakkolwiek ich lubię to z przykrością muszę powiedzieć, że słaby kawałek.
10. Lidia Kopania, rozczalujące byle co, wszyscy się wzruszamy, a Lidia wygrywa i jedzie po ostatnie miejsce do ruskich.

Wyróżnienie specjalne, pozakonkursowe – Paulla. Miszczowski imaż i boska rozmowa po zejściu ze sceny. Widzimy się za rok.

Pszeprowadzka

Z okazji mojej jutrzejszej przeprowadzki do stolicy kilka moich ulubionów kawałków z Warszawą w tytule / kontekście. Na początek może Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach, zespół który dażę sporą sympatią, choć przyznam się, że znam tylko ich debiutancki krążek. To jest dobra płyta, do ktorej od czasu do czasu lubię sobie wrócić i nawet cała ta otoczka absurdu i niezrozumiałych tekstów mi już tak nie przeszkadza. Zeszłoroczny materiał z Materaca, tylko mnie utwierdził w wartości tego co wyprawia Zagański ze swoimi ziomalami, więc może w końcu kiedyś sięgnę po Lewą Stronę Literki M.

27 Eldoki to dla mnie płyta przepełniona miłością do Warszawy. Na szczęście nie jest to album, który koncentruje się tylko na tym temacie, gdyż Leszkowi udaje się zgrabnie podchwycić kilka innych tematów takich jak dorastanie, wspomnienia z młodości i nie tylko. Do tego to swego rodzaju uwielbienie dla miasta wyraża tutaj w sposób na tyle urzekający, że ja to naprawdę łykam. Z youtube’a poleci “Spacer”, choć równie dobrze mogłyby to być znakomite “Ferajny”.

Haha czas na hardkor. Też nienawidzę Beaty “jednego z uosobień kiczu” Kozidrak, ale zawsze lubiłem tą piosenkę. Przepraszam bardzo, musiałem. “Mówię, mówię”. Boskie.

Jadąc dalej po bandzie, mój ulubiony polski zespół, którego nie lubię czyli Rotofobia. Tekstowo dno i nie mam pojęcia co poza tytułem ma wspólnego ten utwór z Warszawą, tym niemniej fajny refren i generalnie całkiem fajne. Dla odmiany w wersji hałasującej na żywo:

Na koniec umieśćmy bezczelnie w tym gronie pseudoartystów i miernot prawdziwego klasyka. Bez opisów, bo byłyby tylko głupoty, gdyż nie jestem w temacie i nie czuję się na tyle mocarny by coś sensownego na temat Niemena napisać.

W końcu, po kilku nieudanych podejściach udało mi się przesłuchać w całości nowy krążek Animali. Nie żebym się zmuszał, po prostu brakowało chęci, czasu, nastroju. Dużo brakowało.

Ten ich poprzedni Dżem to taki średniawy był jak dla mnie, ale tutaj faktycznie wszyscy bryndzlujący się mają rację, bo nowy album jest całkiem znakomity. To znaczy nie będę walił pokłonów i stawiał pomników (skończyli się na Sung Tongs przecież), jednak jestem bliżej przyznania racji nowym stadom fanów, niż tym, którzy chcą być oryginalni i mówią, że “eee tam, średni album w porywach, ja hejt hajp, ja nie lubieć ich nigdy”. Singlowe “My Girls” doprawdy zjawiskowe. W ogóle jakże ta płyta się zaczyna i kończy! Jak ktoś chce reckę to odsyłam do Lowa, bo z tych które czytałem, chyba ta najbliższa memu sercu. Tymczasem ja lecę w kimę, a dla was tuba:

Ok, może jeszcze tylko na zakończenie mój singiel roku 2005:

A wy gdzie wtedy byliście, hę?

Jazz grali

Koncertowe otwarcie roku w moim wydaniu nastąpiło dopiero w minioną sobotę. Niby w styczniu w mieście grały Dicki, ale uznałem, że skoro nikt nie chce ze mną iść, to sam nie poleze. Tym niemniej od końca grudnia wiadome było, że 7 lutego w Białymstoku gra Contemporary Noise Sextet, także znając ich całkiem przyzwoite dokonania płytowe, pomyślałem sobie, że warto by było. Tradycyjnie, dzień później dowiedziałem się, że tego samego dnia w mieście grał Complainer & The Complainers, a także Łona z Webberem, co wzbudziło we mnie troche złości, że jestem ślepy buc i nie wyłowiłem posterów reklamujących te koncerty, choć z drugiej strony trochę się cieszę, bo oszczędziłem sobie trudnych wyborów (pewnie wybrałbym Łonsona). Poza tym fajnie, że w tej dziurze tyle się dzieje.

img_16181

Tuż przed plakatową dwudziestą klub był zapełniony po brzegi. Miło. Opóźnienie ze startem w granicach przyzwoitości – jakieś 15, góra 20 minut. Grali materiał ze wszystkich trzech płyt, oczywiście ze szczególnym naciskiem położonym na zeszłoroczne Unaffected Thought Flow. Całość wiernie odwzorowywała to co można usłyszeć na krążkach zespołu – wszelkie modyfikacje należy uznać za szczątkowe. To trochę zarzut, że mogło być bardziej free, z drugiej nie było źle, więc nie narzekam. Radością z grania zachwycał pan klawiszowiec i gitara, obaj prowadzący między sobą nieśmiały dialog sceniczny. Z uśmiechem i bardzo radośnie. Reszta zespołu skupiona, ledwie zerkająca w stronę publiczności i nie wiem czy było to zmęcznie, czy też może ich typowy imaż sceniczny.

Także momentów nie było, żadnych ekscesów również, jednak wątpię by ktokolwiek oczekiwał tego typu doznań od chłopaków z Contemporary Noise Sextet. Solidne, około jazzowe rzemiosło i gdyby nie nieznośnie głośna publiczność, byłoby super. Chociaż miły wieczór i nie narzekam. Tradycyjnie nie obędzie się bez jutuba, dzisiaj jeden z moich ulubionych momentów ich ostatniej płyty:

Niby nie oglądam telewizji, ale niemal każdy obiadek czy kolacyjkę spędzam gdzieś w zasięgu telewizora. Dzisiaj zamiast tradycyjnego przeglądu co słucha młodzież (Viva, MTV) skończyło się na powtórce z rozrywki, w sensie na TVN7 zapodają Twin Peaks. Trafił mi się akurat jeden z moich ulubionych odcinków, kończący się jedną z najbardziej przerażających scen jaką kiedykolwiek widziałem:

Ta wersja z jutuba co prawda ma nieco ucięty wstęp, ale i tak oddaje tego ducha. I serio, jako serialowy addict, muszę powiedzieć, że Twin Peaks to serial doskonały w każdym względzie. Przede wszystkim wzorowo skonstruowani, niebanalni bohaterowie, świetna fabuła, drugie dno, specyficzny humor i nieziemsko dobry soundtrack z kultowym wstępniakiem:

Szczerze pisząc, gdyby nie permamenty brak czasu i niechęć do oglądania / czytania czegokolwiek po raz drugi, walnąłbym sobie całość z przyjemnością, a tak zostaje mi półgodzinny seans przy kolacji czy skrawki z tuby. To są wspomnienia. To są emocje. Jak na przykład wiadomość o śmierci Laury Palmer z pierwszego odcinka (moment kiedy pierwszy raz wszedł tajemniczo-mroczny klawiszowy motyw autorstwa Badalamentiego w scenie gdy zostają odnalezione zwłoki Laury nie-za-po-mnia-ny):

W każdym razie, kto nie oglądał ten cieć, a kto widział piona. Na zakończenie może jeszcze coś z niezapomnianych odjazdów Lyncha:

« Nowsze Posty - Starsze wpisy »